Padało. Czarne, gęste
chmury zasnuły niebo, kłebiąc sie aż po horyzont. Deszcz padał miarowo
i równo, bębnil po kałużach, dachach domów, szumiał w zaroślach
zamieniając trakt w grząskie bajorko. Jechaliśmy. Błoto pryskało koniom
spod nóg, woda ściekała po kapturach, płaszczach i zbrojach, wnikała
pod ubranie, ziębiła ciała. Ale jechaliśmy. Był rozkaz by jechać,
wyjścia nie było. Tęsknymi spojrzeniami odprowadzaliśmy mijane po
drodze wsie a w nich karczmy. Godziny mijały, mrok spowijał powoli
okolice. Wreszcie z przodu rozległ sie cichy okrzyk. Stanęliśmy.
- Wreszcie... -burknął Aslaug, jadący tuż za mną - Juże z rzyci woda mi sie leje...
Staliśmy na rozstaju traktów w górach. Przez chwile wodziłem
wzrokiem po okolicy, jedynie na chwile dłużej zatrzymując go na
rozlatującym sie drogowskazie z zatartym przez czas napisem, którego
nie sposób juz było odczytac.
- Z koni i w krzaki- dobiegł mnie cichy rozkaz rzucony przez
Porucznika.- I cicho siedzieć, bo nogi z dupy powyrywam. Zara powinni
nadjechać. Zhoun, Bals, łuki w gotowości trzymać. Czekać na rozkaz.
Orki rozpierzchneły sie po zaroślach otaczających skrzyżowanie, po chwili słychać było tylko miarowy szum deszczu. Ściemniało się coraz bardziej. Czekaliśmy. Padało.